Jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku studenci aktorstwa – w przypływie dobrego humoru – życzyli sobie „etatu w mieście na G-ie”: w Gnieźnie, Gorzowie lub Grudziądzu. Cóż, praca na teatralnej prowincji nigdy nie cieszyła się estymą. W Polsce życie teatralne skupiało się bowiem zawsze w największych miastach – w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Łodzi, Katowicach. Dopiero lata powojenne przyniosły ogromny przyrost liczby stałych teatrów – szczególnie w miastach dotąd mało- lub zgoła nieteatralnych. Jeszcze w 1939 roku w całej Rzeczypospolitej działało trzydzieści stałych teatrów dramatycznych – obecnie samych publicznych teatrów dramatycznych jest sześćdziesiąt osiem. Po wojnie stałe teatry zyskały m.in. Białystok, Kielce, Lublin, Łomża, Płock, Rzeszów, Radom, Tarnów (wymieniam miasta w granicach Polski od 1918 roku). Pisze Paweł Płoski.
Po reformie administracyjnej kraju w 1975 roku – gdy powstało 49 województw – każda regionalna stolica chciała mieć filharmonię, operę, teatr. Na fali tych zmian powstały samodzielne teatry w Elblągu, Legnicy, czy Słupsku. Starania nowych województw o kolejne instytucje był przyjmowany z uśmiechem politowania. Nie rozumiano lokalnych pragnień i ambicji.
Innym dowodem lekceważenia teatrów poza centrum były kolejne projekty reform teatralnych proponowane po zmianie ustrojowej. Zazwyczaj konkrety dotyczyły Warszawy, czasem dorzucono coś o Krakowie. Reszta była anonimowa, tym bardziej, że jej losy miały być niewesołe. Na przykład według założeń reform z 1990 roku teatry z mniejszych miast trafić miały do grupy trzeciej – instytucji docelowo bez dotacji państwowej. Liczono się nawet z ich likwidacją, a w optymistycznym wariancie: z funkcjonowaniem budynków obsługiwanych przez teatry z metropolii. Zaproponowano nawet nazwę dla takich scen – teatry satelickie.
Wśród tych teatrów przeznaczonych do likwidacji były sceny w Legnicy i Wałbrzychu. Dziś trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałaby ostatnia dekada w polskim teatrze bez przedstawień z obu teatrów. Warto przypomnieć, że lata dziewięćdziesiąte należały do niezależnych teatrów lalkowych, związanych z niedużymi podlaskimi miejscowościami – Zusnem i Supraślem: Teatr3/4 Krzysztofa Raua i Teatr Wierszalin Piotra Tomaszka. Oba wówczas odnosiły niezwykłe sukcesy na świecie.
Nawet najciekawsze impulsy reformatorskie szły z mniejszych miast. Wspomniany Krzysztof Rau po objęciu dyrekcji w bielskim Teatrze Banialuka przekształcił go w Ośrodek Teatralny: teatr wystawiał własne premiery, jednocześnie aktorzy mogli organizować – przy wsparciu macierzystego teatru – własne grupy. Aktywność Banialuki wzrosła o 100%. Pomysł – ze względu na protesty – nie przetrwał próby czasu. Natomiast po likwidacji stałego teatru w Grudziądzu przez kilka lat (jeszcze przed rokiem 2000) organizowano konkurs na prowadzenie sezonu artystycznego. W ten sposób co rok oferowano publiczności odmienny, różnorodny i autorski repertuar. Oba ciekawe pomysły nie zainspirowały jednak podobnych działań.
Oczywiście, nieczęste są przypadki, gdy tak zwane teatry prowincjonalne przebojem wchodzą na stołeczne salony i wyznaczają standardy artystyczne. Codzienność jest mniej efektowna. Ale przecież nie marzenie o podboju światowych festiwali decydowało, gdy w wyborach na prezydenta miasta Słupska dwójka kandydatów wpisała w swe programy wyborcze ten sam pomysł – powołanie teatru. Zrealizowana w 2004 roku obietnica odpowiadała chyba na bardziej lokalne aspiracje.
Jest więc miejsce na nowe teatry miejskie – znajdują się widzowie, formują się zespoły, a samorządy są w stanie finansować działalność takich instytucji. Jednak liderów środowiska teatralnego bardziej zajmuje debata nad liczbą teatrów miejskich w Warszawie. Czy nie należałoby traktować tej nieustannej debaty jako swoistej ucieczki od bardziej palących problemów pejzażu instytucjonalnego w Polsce. Bo tylko w stolicy kłopotem jest nadmiar teatrów.
W gorącym czasie przemian ustrojowych, w roku 1990, krytyk Tadeusz Nyczek stwierdzał: „nikt nas nie pytał czy chcemy mieć osiemdziesiąt teatrów”. Wydawałoby się, ze to dużo. Ale czy za dużo? Teatrów w Polsce przybyło – owszem – ale ich liczba nie jest oszałamiająca. Wystarczy porównać sytuację Czech i Polski. W dziesięciomilionowym kraju działa blisko 50 publicznych teatrów, w czterdziestomilionowej Polsce niewiele ponad 120. Żeby sytuację zobrazować dobitniej – w miastach podobnej wielkości polskiej Bydgoszczy i czeskiej Ostrawie działają odpowiednio: dwa i siedem teatrów. Oba miasta łączy fakt, że ich teatry ze względów artystycznych mają rangą krajową.
Nie trzeba jednak porównywać się z za granicą. Wystarczy zestawić zagęszczenie instytucji na południowym zachodzie kraju – i spojrzeć na północno-wschodni narożnik. W województwach dolnośląskim, opolskim i śląskim jest dwadzieścia siedem teatrów. W podlaskim i warmińsko-mazurskim jest ich osiem. Oczywiście na południu mieszka ponad osiem milionów potencjalnych widzów, na północy jest ich około trzy miliony. I to ci ostatni mają większy kłopot z dotarciem do najbliższego miasta z teatrem. Czasem teatr dotrze do nich – elbląski Teatr im. Aleksandra Sewruka organizuje Spotkania z teatrem… na wodzie i z powodzeniem gra w najpopularniejszych miejscowościach turystycznych Mazur.
Spojrzenie na mapę teatralną Polski dobitnie ukazuje pokaźną liczbę luk – instytucjonalnych białych plam. Choćby rozmieszczenie publicznych teatrów lalek: to tylko dwadzieścia pięć teatrów, ale wyraźnie widać brak planu, ślady niekonsekwentnych i arbitralnych decyzji albo zaniechań. Otóż, tylko dwa miasta mają więcej niż jeden teatr lalek: Warszawa – trzy, Łódź – dwa. Pozostałe teatry są jedynymi w mieście np. w porównywalnym z Łodzią Krakowie, Gdańsku, Wrocławiu czy Poznaniu. Dodać trzeba, że jeden teatr lalek ma też pięćdziesięciotysięczna Łomża.
Ciekawie rzecz wygląda, gdy przeanalizujemy obecność teatru lalek w województwach. Lubuskie nie ma żadnego teatru lalek. Trzy województwa mają po trzy teatry: dolnośląskie (Jelenia Góra, Wałbrzych, Wrocław), śląskie (Będzin, Bielsko-Biała, Katowice) oraz mazowieckie – gdzie wszystkie trzy znajdują się w Warszawie. A przecież mazowieckie jest największym polskim województwem, a poza stolicą są tam tylko dwa miasta, gdzie działają teatry – to Płock i Radom. W tak dużych województwach jak wielkopolskie, lubelskie czy warmińsko-mazurskie działa jeden teatr lalkowy. Milionowa ludność opolskiego cieszy się jednym teatrem – podobnie jak prawie trzy i pół miliona mieszkańców Wielkopolski.
Zwracam uwagę na teatry lalkowe, ponieważ są one zwyczajowo traktowane jako teatry dla dzieci, dla młodego widza – są więc z natury rzeczy „teatrami pierwszego kontaktu” dla przyszły regularnych widzów teatralnych. Widać wyraźnie, że jest ich za mało. Mrzonką jest bowiem myślenie, że te teatry dotrą do publiczności w ramach regularnego objazdu – albo poprzez zorganizowany transport. Problem kontaktu z teatrem rozwiązują nieduże i prywatne, nomen omen, trupy teatralne, które gotowe są grać za bardzo przystępną cenę nawet w wyciemnionej kocami sali gimnastycznej.
Uruchomiony w 2009 roku i cieszący się sporym zainteresowaniem, program ministerialny Teatr Polska pokazuje dobitnie jak potrzebne było wsparcie finansowe dla objazdu z poważną ofertą teatralną, pokazywaną w miejscowościach bez stałych teatrów. Sukcesem zakończył się również projekt Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, który stworzył swoje dodatkowe sceny w czterech miastach województwa łódzkiego. Poza stolicą województwa w regionie nie ma żadnego innego miasta ze stałą sceną teatralną. Podobne projekty przydałyby się na terenie całej Ściany Wschodniej.
Wielu artystów teatru żachnie się na takie działania – uznając, że sens ma teatr wysoce artystyczny, grający o stawki najwyższe w historii sztuki. Wielu z nich zapomina, że istnienie lokalnych scen o bardzie popularnym, zróżnicowanym repertuarze jest warunkiem istnienia scen ambitnych, awangardowych.
Po latach widać, że ambicje wojewodów z płockiego czy legnickiego nie były na wyrost. Były przykładem, by tak rzec, myślenia modernizacyjnego. Rzecz jasna teatry miały działać na chwałę miasta i regionu, ale z czasem stały się czymś więcej. Na przykład ośrodkiem lokalnej aktywności: artystycznej, edukacyjnej, intelektualnej. Obecnie wiele teatrów nie ogranicza swojego repertuaru tylko do przedstawień; organizowane są wykłady, panele, wystawy, pokazy filmów, warsztaty. Ważny jest w końcu podstawowy aspekt pracy teatru – produkcja przedstawień. Wśród lokalnych instytucji kultury to teatry – w odróżnieniu od bibliotek, muzeów czy domów kultury – są ośrodkami twórczości artystycznej.
Szczęśliwie beztroskie pomysły likwidacji teatrów upadły. Widać jasno, że w miejsce opuszczone przez stały teatr weszłaby szybko, i bez skrupułów, komercyjna chałtura. Przed takim scenariuszem wciąż teatralnej prowincji udaje się obronić. Poważniejszy problem – nierównomierny i przez to niesprawiedliwy rozkład instytucji – wciąż jest nierozwiązany. Ale nie ma się co dziwić, skoro polska sieć kolejowa nadal odwzorowuje zaborcze granice…




Ciekawy artykuł, ale mam wrażenie, że przedstawia wyłącznie jedną stronę medalu: że teatry są likwidowane, że jest ich mało, że lalkowych to w ogóle jak na lekarstwo… Bo nie ma dotacji. Bo nikt ich nie wspiera…
A może wypadałoby postawić pytanie: kto przychodzi na przestawienia? Czy lokalne teatry mają do zaoferowania coś, co odciągnie widzów od masówki telewizyjnej, łatwej i przyjemnej, gdzie gwiazdy znów na czymś tańczą, albo prześcigają się w oryginalnych komentarzach na temat samorodnych talentów? I nie chodzi mi tutaj o to, żeby sprowadzić teatr – sztukę bądź co bądź wyższą – do poziomu komercyjnych programów rozrywkowych. Ale raczej o to, żeby myśleć we właściwej kolejności: jeśli nie zmieni się coś – sporo! – w edukacji, w kształtowaniu wrażliwości najmłodszych na odbieranie przekazów innych, niż telewizyjne, nie będzie widzów na spektaklach i nie pomogą żadne dotacje, żadne projekty!
Po pierwsze nie mamy armat!
Mam koleżankę, która wspólnie z przyjaciółką od jakiegoś czasu organizuje spektakle angielskojęzyczne dla dzieci przedszkolnych. Dziewczyny wykonują wszystko we własnym zakresie: począwszy od scenariusza, poprzez szycie strojów i przygotowywanie dekoracji i rekwizytów, a skończywszy na zagraniu spektaklu. Same też dzwonią po przedszkolach proponując im swoje pomysły. I co? I to, że w najbliższym roku szkolnym będą chyba musiały zarzucić tę działalność, bo jakoś nikomu nie chce się w nią zainwestować. A wsparcie z publicznych pieniędzy bardzo by im się przydało: trudno przecież tworzyć nowe projekty wyłącznie z drobnych, jakie za taki spektakl otrzymują z „biletów”. I nie trzeba tutaj wielkich kwot! Każdy taki spektakl kosztuje bez wątpienia o wiele mniej, niż utrzymanie nierentownego teatru na prowincji.
Ale warto pamiętać, że to z tych dzieci powstanie za kilka lat publiczność dla tych właśnie teatrów. I wtedy potrzeba dotacji będzie mniejsza, pokryją ją częściowo widzowie!
To fajnie, że niektóre lokalne teatry stały się lokalnymi centrami kultury. Że mają misję edukowania. Że znajdują na to środki. Bo to, czy spektakl, jaki przygotowują, będzie bardziej czy mniej ambitny, ma chyba drugorzędne znaczenie. Ważniejsze jest chyba to, że potrafią zachęcić konsumentów kultury masowej do zaangażowania się w inną działalność.