Bo chodzi o to, żeby pokonać swoją inność i żeby przypasować, bo jak już się przypasuje, to jest dobrze. Bo po to, żeby nam to uświadomić są baśnie o brzydkim kaczątku i „Ania z Zielonego Wzgórza”. Bo punktem wspólnym w kobiecych opowieściach o Ani jest moment rozczarowania, albo poczucie bycia zdradzoną. I jest tak, że „Anię” się czyta tak gdzieś do tomu o uniwersytecie, bo potem jest ciężko, bo potem jest morał, że grzeczne dziewczynki w nagrodę dostają Gilberta za męża i siedmioro dzieci oraz dom w pakiecie. I nie zostają nauczycielkami ani pisarkami.
Na naszym videoblogu o swoich lekturach Ani opowiadają Anna Laszuk (Tok FM, książka „Dziewczyny, wyjdźcie z szafy”), Joanna Piotrowska (Feminoteka), Katarzyna Szumlewicz (Gender Studies UW).




Albo o tym, że nawet niesforne, choć wykształcone, dziewczynki mogą marzyć o życiu u boku dra Gilberta, chcieć spełniać się jako żona i matka, dobrowolnie realizować popularny scenariusz i w tej mniej lub bardziej kreatywnej roli uczestniczyć we własnym banalnym happy endzie.
Rzeczywiście, „Ania” nie jest książką dla feministek. Ale nie rozumiem, dlaczego dzisiejsze dziewczynki nie powinny jej czytać? Chyba należy tutaj wyjaśnić kontekst: w czasach, kiedy Lucy tę książkę pisała, taki model był obowiązujący. Dziewczynki marzyły o tym, aby wyjść za mąż z miłości i spełniać się jako pani domu i kochająca matka. Co złego w takim modelu? Dlaczego jest to „banalny” happy end? Jest to pewna norma społeczna. Wydaje mi się, że należy wyjaśniać i dawać wybór, nie narzucać. A „Ania” niesie ze sobą wiele innych wartości. Pokazuje też, jak cudownie jest marzyć.
Ja sama nie chciałabym żyć tak, jak Ania, rezygnować z własnych planów i marzeń (nie jestem panią domu ani matką). Ale jeśli ktoś tak woli to czemu nie?
A „Anię” czytałam wielokrotnie i kocham ją miłością wielką. Mimo tego banalnego modelu, bo dla mnie jest to akurat najmniej ważne