Zostałam zaproszona do żywej biblioteki, aby być książką pod tytułem Animatorka kultury. Odpowiadałam na pytania młodych ludzie, początkujących w działalności artystycznej i artystyczno-społecznej. Spośród wielu pytań, jedno, czasem nieśmiało, a czasem odważnie wysuwało się na pierwszy plan – kasa. Pytanie o zarobki przyjmuje różne formy w zależności od tego, kim jest osoba pytająca i jak osoba ta definiuje sobie moją pracę – animację kultury, pracę z osobami zagrożonymi wykluczeniem społecznym. Są tacy, którzy uważają, że to jest pomaganie. I że pomaganie to piękna sprawa. I trzeba to robić. Tylko nie można za to brać pieniędzy. Bo to po prostu nie wypada. Tuż obok są ci, którzy uważają mnie za idealistkę oderwaną od rzeczywistość – cudownie, że jesteś wolontariuszką, ale w końcu trzeba zacząć żyć, zarabiać pieniądze. Nie można bez końca bawić się w zbawianie świata. Znam też to pytanie w wersji opiekuńczej, często zadawane jest przez babcię, czy ciocię – kochana cudownie, że pomagasz biednym dzieciom, ale może lepiej postaraj się o własne…
Pojawia się również wersja podejrzliwa – Aha, pewnie masz bardzo bogatych rodziców i oni cię utrzymują, a ty pomagasz innym. No, ok, ale może się usamodzielnisz? Inni umieszczają animację kultury w moim wydaniu w definicji prowadzenia kółka zainteresowań, w czym widzą rodzaj hobby. Jest to hobby za które możne brać małe pieniądze, bo hobby to też jest przecież mała sprawa. Z dużą nadzieją o kasę zapytują studenci animacji kultury. Czy ja z tego wyżyję? Czy lepiej od razu iść do agencji eventowej i organizować wypady quadami za miasto?Wszystkim zapytującym odpowiadam:Po pierwsze – to, co robię, jest pracą. Taką samą jak każda inna, mimo że nie odbywa się od 8 do 16 i nie siedzę za biurkiem. Ważne żeby pamiętać, że nie ogranicza się ona do prowadzenia kółka zainteresowań. Praca animatorki kultury to podejmowanie mnóstwa, czasami dziwnych działań. Wymyślam zajęcia, wymyślam projekty, prowadzę warsztaty, zapraszam specjalistów, kupuję sprzęt, organizuję zebrania zespołu, rozmawiam z pedagożką i psycholożką o uczestniczkach, jeżdżę samochodem, piszę scenariusze, piszę sprawozdania, piszę wnioski, piszę piosenki, liczę budżety, zawożę papiery do księgowej, rozmawiam z dziennikarzami, występuję na konferencjach, montuję piosenki, śpiewam, tańczę, chodzę na szczudłach…W związku z tym, że jest pracą – wiąże się z zarabianiem pieniędzy. I nawet – da się z tego wyżyć, kupić używany samochód, wziąć kredyt na mieszkanie. Chociaż czasami nie jest to łatwe.Najgorszy jest brak stabilności, życie od projektu do projektu, czekanie na dotację. Pisząc wnioski o dofinansowanie zakładamy, że na część z nich nie uda się otrzymać pieniędzy. W związku z tym planujemy więcej projektów niż będziemy w stanie wykonać. Bierzemy na siebie za dużo, bo się boimy, że potem może pracy nie być. Są tygodnie, kiedy pracujemy po kilkanaście godzin dziennie. Są też tygodnie, kiedy nic się nie dzieje. Pracujemy z osobami zagrożonymi wykluczeniem społecznym i ubóstwem. Czasami patrząc na nas zastawiam się, na ile my jesteśmy zagrożeni – żyjąc bez ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego, mając w pamięci, że jak projekt się skończy i nie uda się dostać dofinansowania na kolejny to bezrobocie może być najlepszym rozwiązaniem. Trochę idealiści, trochę wariaci, trochę osoby sukcesu. Na razie jest świetnie. Może będzie lepiej. A może będzie gorzej.



